Zastępca Sekretarza Generalnego NZ, pani Louise Fréchette zakończyła wizytę w Polsce

W dniach 11-13 maja 2003 r. na zaproszenie Ministra Spraw Zagranicznych w Polsce przebywała Zastępca Sekretarza Generalnego ONZ, pani Louise Fréchette. W poniedziałek 12 maja p. Frechétte odbyła szereg spotkań z przedstawicielami władz Polski. Spotkała się z premierem Leszkiem Millerem, marszałkiem senatu Longinem Pastusiakiem, ministrem spraw zagranicznych Włodzimierzem Cimoszewiczem oraz ministrem obrony narodowej Jerzym Szmajdzińskim. Pani Frechétte odwiedziła również UN House w Warszawie, gdzie spotkała się z przedstawicielami agend ONZ z siedzibą w Warszawie.

Również tego dnia Zastępca Sekretarza Generalnego ONZ w Sali Senatu Uniwersytetu Warszawskiego wygłosiła Wykład Belwederski zatytułowany „Przyszłość systemu bezpieczeństwa Narodów Zjednoczonych po Iraku.” (The Future of the UN Security System after Iraq.). Wykład odbył się z inicjatywy Akademii Dyplomatycznej MSZ.

We wtorek 13 maja b.r. pani Louise Fréchette udała się do Krakowa, gdzie spotkała się z prezydentem Krakowa Jackiem Majchrowskim oraz ze studentami Uniwersytetu Jagiellońskiego. Zwiedziła również zabytki kultury polskiej: Wawel, Rynek Krakowski i Sukiennice.

-----------------------------------

„Przyszłość systemu bezpieczeństwa Narodów Zjednoczonych po Iraku.”
Wykład Belwederski wygłoszony przez Zastępcę Sekretarza Generalnego NZ
Akademia Dyplomatyczna
sala Senatu, Uniwersytet Warszawski

Wasze ekscelencje,
Panie i panowie profesorowie,
Szanowni państwo,

Jest mi niezwykle miło, że mogę spotkać się z osobami, które wybrały karierę dyplomatyczną. Okazja to dla mnie szczególna, gdyż sama, ponad trzydzieści lat temu, wybrałam pracę w dyplomacji i ani przez chwilę nie żałowałam tej decyzji. Promowanie interesów własnego kraju poprzez dialog, perswazję i współpracę międzynarodową to zajęcie często wyczerpujące, lecz niemal zawsze przynoszące wiele satysfakcji. Działania dyplomatyczne nabierają szczególnego znaczenia we współczesnym świecie, gdzie interesy poszczególnych narodów przenikają się jak nigdy dotąd, a potrzeba wzajemnego zrozumienia jest większa niż kiedykolwiek. Służenie międzynarodowej organizacji w dzisiejszych czasach to dla mnie wielki przywilej, który, mam nadzieję, stanie się również udziałem wielu z Państwa.

Cieszę się także, że mogę spotkać się z przedstawicielami kraju, który – zapewne ku zdziwieniu samych jego obywateli – został niedawno nazwany częścią „nowej Europy”. Jeszcze trafniej ujął to pewien brytyjski historyk, nazywając Polskę „sercem Europy”. Smutkiem napawa fakt, że po roku 1939-tym, polityka obcych mocarstw uniemożliwiała Polsce odgrywanie należnej jej roli na arenie europejskiej. Lecz Polska to kraj o długiej i chwalebnej historii, który w ciągu ostatniego ćwierćwiecza bez wątpienia nadrobił stracony czas.

Daliście światu papieża Jana Pawła II i „Solidarność” – ruch, który udowodnił, że demokratyczne zmiany można wprowadzić bez uciekania się do przemocy. Po roku 1989-tym udowodniliście też, że nawet w kraju, w którym przez wiele lat panował ustrój totalitarny, można z powodzeniem wprowadzić gospodarkę rynkową i demokratyczne rządy. Wasze doświadczenia mogą okazać się bezcenne dla wielu narodów, choćby dla Irakijczyków, którzy będą teraz musieli przejść podobną do waszej drogę, choć w odmiennych i o wiele trudniejszych warunkach.

Proces transformacji zawsze obfituje w wiele trudnych i nieprzyjemnych chwil. Zdaję sobie sprawę, że negocjacje z Unią Europejską nie były łatwym doświadczeniem – ani dla was, ani dla Unii. Lecz wybrnęliście z nich pomyślnie, a już w przyszłym miesiącu polscy obywatele mają dokonać historycznego wyboru. Jeszcze 20 lat temu wydawało się to mrzonką.

Sami musicie zadecydować, co służy waszym interesom narodowym. Wasz kraj ma bez wątpienia olbrzymią rolę do odegrania w historii Europy, dlatego proces rozszerzenia będzie niekompletny, jeśli w nowej Europie zabraknie Polski. Jednak jako dyplomaci będziecie musieli działać także poza Europą, aby umocnić interesy swojego kraju na arenie międzynarodowej.

Chciałabym podzielić się z Państwem kilkoma poglądami w kwestii, z którą prędzej czy później przyjdzie się Państwu zmierzyć: czy my, jako przedstawiciele międzynarodowej społeczności, jesteśmy dostatecznie przygotowani – zarówno pod względem wiedzy jak i organizacji – do wyzwań, jakie stawia przed nami XXI wiek?

Na przykład, czy potrafimy sobie radzić z terroryzmem – zagrożeniem, które nabrało nowego wymiaru po 11-tym września 2001 roku? Atak, który nastąpił tamtego dnia, uświadomił wszystkim, że nawet największe światowe mocarstwo może paść ofiarą agresji – i to nie ze strony innego państwa, lecz małej, tajnej i radykalnie nastawionej grupy.

Podpisano już kilkanaście międzynarodowych konwencji potępiających określone formy terroryzmu. Utworzony tuż po jedenastym września przy Radzie Bezpieczeństwa Komitet Antyterrorystyczny zrobił wiele, by wypromować współpracę międzynarodową, a także działania na szczeblu narodowym, podejmowane z ramienia państw członkowskich. Obawiam się jednak, że nie potrafimy skutecznie egzekwować podpisanych ustaleń. Niepokojem i wstydem napawa fakt, że w dalszym ciągu brak powszechnie obowiązującej konwencji w tej sprawie, gdyż kraje członkowskie nie są w stanie sformułować jednobrzmiącej definicji terroryzmu.

Dalej też nie wiadomo, jak daleko może posunąć się państwo w zapobieganiu terroryzmowi bez naruszania wolności obywatelskich, które ma obowiązek strzec. Musimy wytrwale dążyć do wypracowania konsensusu, który określałby właściwą równowagę pomiędzy kwestią wolności i bezpieczeństwa.

Zdajemy sobie jednocześnie sprawę, że gdyby terroryści uzyskali dostęp do broni masowego rażenia, efekty ich działań byłyby daleko bardziej katastrofalne.

Strach przed bronią masowego rażenia nie jest, oczywiście, niczym nowym. Lecz któż zaprzeczy, że rozprzestrzenianie owej broni nie stanowi nowej, jeszcze większej groźby? Jeśli wyścig zbrojeń był przerażającym zjawiskiem, to tym bardziej przeraża myśl, że broń masowego rażenia mogłaby się dostać w ręce terrorystów lub niezróważonego dyktatora, który nie respektuje międzynarodowych ustaleń i uważa, że nie ma nic do stracenia.

Także w tej sprawie zawarto już wiele międzynarodowych traktatów, które odegrały ważną rolę w powstrzymywaniu rozbudowy arsenałów. Niezwykle istotny jest zwłaszcza Traktat o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej, który został przyjęty aż przez 188 państw członkowskich.

Większość państw zdaje się rozumieć doniosłość traktatu i stosuje się do jego ustaleń. Jednak akceptacja dla traktatu państw nie posiadających broni nuklearnej stopniowo maleje w reakcji na propagowanie doktryny pierwszego uderzenia przez mocarstwa atomowe. Ponadto, z jednej strony obserwują one rozwój nowych typów broni nuklearnej, a z drugiej strony wolniejszą niż zakładano redukcję istniejących arsenałów.

Tymczasem Traktat o całkowitym zakazie prób z bronią jądrową nadal nie został ratyfikowany, mimo, iż od jego powstania upłynęło już sześć lat. Konwencja o zakazie broni biologicznej do dziś nie została uzupełniona o traktat weryfikacyjny, a wiele liczących się państw, zwłaszcza na Bliskim Wschodzie, nadal nie przystąpiło do konwencji o zakazie broni chemicznej.

Trzecie wyzwanie, z którym jeszcze nie potrafimy sobie radzić, to szybko postępująca umiędzynarodowienie zorganizowanej przestępczości. Mam na myśli zwłaszcza nielegalny handel narkotykami, bronią, zasobami naturalnymi wykorzystywanymi do finansowania konfliktów zbrojnych, a także najbardziej odrażający proceder – handel ludźmi. Wszystkie te działania nieuchronnie łączą się ze stosowaniem przemocy. Stanowi to poważne i wciąż rosnące zagrożenie dla wielkiej rzeszy ludzi. Jak dotąd, nie wypracowano prawie żadnych międzynarodowych procedur, które zapobiegałyby wyżej wymienionym przestępstwom.

Nie poradziliśmy sobie także z groźbą ludobójstwa i innymi przejawami masowego łamania praw człowieka. Zagrożenia te nie są niczym nowym, jednak dopiero w ciągu ostatniej dekady uświadomiliśmy sobie z pełną mocą, że stanowią one jawne pogwałcenie powszechnie przyjętych wartości, a kraje w których dochodzi do zbrodniczych działań nie są jedynymi, które ponoszą ich konsekwencje.

Wciąż trudno nam zapomnieć bezradność społeczności międzynarodowej wobec tragedii w Bośni i Rwandzie. Od tej pory Rada Bezpieczeństwa nie ustaje w wysiłkach, aby zapobiec podobnym wydarzeniom w przyszłości. Działania Rady są teraz bardziej ukierunkowane na rozwiązywanie wewnętrznych konfliktów. Odnotowano już znaczne osiągnięcia, chociażby w Timorze i Sierra Leone, choć w obydwu przypadkach udana interwencja nastąpiła dopiero po kilku nieudanych próbach i zbyt późno, by zapobiec ofiarom w ludziach.

Mimo to, nadal brakuje ogólnie przyjętej koncepcji zakładającej zbiorową odpowiedzialność za takie straszne czyny w momencie ich popełniania. Pamiętamy, że w roku 1999-tym NATO postanowiło położyć kres „czystkom etnicznym” w Kosowie nie starając się o stosowną rezolucję Rady Bezpieczeństwa, gdyż zakładano, że Rada i tak nie zdoła przegłosować takiej rezolucji.

W tym samym roku, w przemówieniu wygłoszonym na Zgromadzeniu Ogólnym, Sekretarz Generalny ostrzegł Radę, że jeśli ta nie będzie w stanie wypełniać swoich obowiązków w sytuacjach kryzysowych, skaże się tym samym na marginalizację. Przemówienie to wywołało żywą debatę, a jej owocem był raport powołanej przez rząd Kanady międzynarodowej komisji eksperckiej, zatytułowany „Obowiązek ochrony”. Raport podkreśla, że każde państwo ma obowiązek chronić swoich obywateli, a z kolei obowiązkiem – nie prawem – społeczności międzynarodowej jest interweniowanie w szczególnych przypadkach, kiedy dane państwo nie radzi sobie z zaistniałą sytuacją.

Sądzę, że to konstruktywne podejście może stać się w przyszłości bazą do osiągnięcia prawdziwego konsensusu. Nie powinniśmy się jednak łudzić, że konsensus został już osiągnięty, a wraz z nadejściem kolejnego kryzysu Rada Bezpieczeństwa zareaguje bardziej stosownie.

Kolejne wyzwanie jakie przed nami stoi to migracja – niezwykle delikatna kwestia w dzisiejszej Europie, lecz nie mniej ważna w innych częściach świata. Ludzie przemieszczają się z jednego kraju do drugiego nie od dzisiaj – czy to chroniąc się przed wojną i prześladowaniami, czy też w poszukiwaniu lepszego życia. Nie byliśmy jednak przygotowani na tak masowe migracje ludności, jakie obserwujemy obecnie. Ludzie przemieszczają się już nie tylko z południa na północ, lecz również w obrębie południa.

Istnieją instrumenty, które zajmują się uchodźcami - konwencja z 1951 roku i biuro Wysokiego Komisarza ONZ. Sama liczba uchodźców – czyli zgodnie z definicją, osób nie mogących powrócić do kraju ojczystego w obawie przed prześladowaniami – sięga obecnie szesnastu milionów. Istnieje jeszcze rzesza 159 milionów ludzi określanych mianem międzynarodowych migrantów. Są to osoby, które opuszczają kraj rodzinny nie w obawie o swoje życie, lecz w poszukiwaniu lepszych warunków ekonomicznych. Przeprowadzają się do krajów, gdzie ich umiejętności i praca są lepiej wynagradzane – lub w ogóle wynagradzane.

Nie istnieje obecnie żaden międzynarodowy system, który regulowałby przepływ owych migrantów, co ciąży z kolei na międzynarodowej polityce wobec uchodźców. W wielu zasobnych krajach, ubieganie się o status uchodźcy stało się dla imigrantów jedynym sposobem na uregulowanie ich sytuacji. W odpowiedzi tworzone są coraz to nowe przepisy dotyczące przyznawania azylu. Powstają one nie po to, by sprawiedliwie traktować prawdziwych imigrantów, lecz aby wykluczyć tych „fałszywych”, którzy usiłują zwieść urząd imigracyjny. Ci z kolei, którzy próbują uniknąć kontroli granicznej wybierając nielegalne szlaki, wpadają często w ręce handlarzy ludźmi, bądź giną - uduszeni w kontenerach, lub tonąc w morzu, próbując dopłynąć do brzegu w naprędce skleconych tratwach.

Krótko mówiąc, prawo międzynarodowe nie nadąża za realiami ekonomicznymi. Aby uporać się z tym problemem, należałoby w szybkim czasie stworzyć nowe regulacje prawne bądź uzyskać wsparcie ze strony różnych instytucji.

Kolejne wyzwanie to sama skala nieszczęść, jaka prześladuje ludzkość z powodu skrajnego ubóstwa w dzisiejszym świecie. Podczas, gdy niektórzy korzystają z olbrzymich bogactw zgromadzonych dzięki szybkiemu rozwojowi techniki i ekspansji światowej gospodarki w drugiej połowie dwudziestego wieku, znacznie większa część ludzi walczy o przetrwanie w wyjątkowo trudnych warunkach. Pozbawieni są czystej wody, możliwości kształcenia, usług medycznych i innych podstawowych świadczeń; cierpią głód, a ich dochód to niecałe euro dziennie.

To nie globalizacja jest źródłem problemu. Przeciwnie – globalizacja stwarza niepowtarzalną szansę na uporanie się z problemem skrajnego ubóstwa. Jednak naiwnością byłoby przypuszczać, że proces ten nastąpi samoistnie, poprzez spontaniczne działanie mechanizmów rynkowych i bez wsparcia państwa, które ma zatroszczyć się o to, aby z dobrodziejstw rynku korzystali również ubodzy.

Wiele niezbędnych środków należy podjąć na szczeblu krajowym – i trzeba przyznać, że sporo państw już je podejmuje. Jednak żadne działania nie będą wystarczające, dopóki nie umożliwi się ubogim krajom konkurowania na rynkach światowych na równych zasadach. Powinny mieć możliwość oferowania swoich towarów i usług konsumentom z krajów rozwiniętych. Nie powinno się dopuszczać do sytuacji, gdzie produkty krajów rozwijających się muszą konkurować na rynku z subsydiowanymi produktami krajów uprzemysłowionych (mam tu głównie na myśli produkty rolne).

Właśnie stworzenie takiej szansy było głównym celem „rundy rozwojowej” w negocjacjach handlowych, które odbyły się osiemnaście miesięcy temu na spotkaniu ministerialnym zorganizowanym przez Światową Organizację Handlu w Doha. Niestety, z przykrością muszę stwierdzić, że negocjacje nie osiągnęły na razie zamierzonego celu. Perspektywy kolejnego spotkania ministerialnego, które ma się odbyć we wrześniu w Cancun też nie wyglądają obiecująco.

Ważne, aby poprawić efektywność działań międzynarodowych w tym zakresie, ponieważ wymiana handlowa to najlepszy sposób na gromadzenie funduszy i poprawę życia obywateli. Im więcej możliwości eksportu będą miały kraje ubogie, tym łatwiej będzie im przyciągnąć zagranicznych inwestorów. Należy jednak pamiętać, że bez oficjalnej pomocy rozwojowej kraje ubogie nie będą w stanie wykorzystać danych im możliwości.

Z radością stwierdzam, że w zeszłym roku, po raz pierwszy od dłuższego czasu, zwiększył się zakres globalnej pomocy udzielanej krajom ubogim przez kraje wysoko rozwinięte. Jednak aby w pełni zrealizować osiem „milenijnych celów rozwojowych” wyznaczonych na Szczycie Milenijnym ONZ w 2000 roku, potrzeba dodatkowo 50 miliardów dolarów rocznie, a do tego jeszcze daleka droga. (Cele milenijne, które maja zostać osiągnięte do 2015 roku zakładają między innymi zredukowanie o połowę liczby ludzi, którzy cierpią głód i utrzymują się za niecałego dolara dziennie, umożliwienie powszechnego dostępu do kształcenia na poziomie podstawowym, zmniejszenie śmiertelności wśród dzieci o dwie trzecie a kobiet w ciąży o trzy czwarte, zahamowanie epidemii HIV/AIDS, a także walkę z malarią i innymi groźnymi chorobami).

Przekonaliśmy się również, że nawet kraje, w których poprawił się standard życia mogą ponieść znaczące porażki wskutek nagłych ruchów rynków kapitałowych. Tak stało się na przykład w południowo-wschodniej Azji i Ameryce Łacińskiej.

Inne kraje z kolei, zmuszone są poświęcać lwią część dochodów z eksportu na spłatę i obsługę długu zagranicznego. Często odbywa się to kosztem służby zdrowia, edukacji i innych podstawowych usług. Jedynym efektem chwalebnych inicjatyw podjętych chociażby przez wysoko zadłużone kraje rozwijające się było złagodzenie tego zjawiska w nielicznych krajach, natomiast sam problem nie został rozwiązany.

Omawiane problemy gospodarki światowej – migracja, handel, przepływ kapitału, dług – wynikają z braku zarządzania na poziomie globalnym. Działania podejmowane przez ośrodki decyzyjne nie uwzględniają w dostatecznym stopniu nowych, globalnych realiów.

Można by oczywiście stwierdzić, że wszystkie problemy, które omawiałam – a mogłabym wymienić jeszcze kilka, na przykład epidemie i zmiany klimatyczne – są w mniejszym lub większym stopniu związane z procesem globalizacji. Terroryści, broń masowego rażenia, gangi przestępcze, ludzie uciekający przed wojną bądź ludobójstwem, emigrujący za chlebem, choroby zakaźne, emisja dwutlenku węgla, przepływ kapitału, handel – występują na całym świecie, nie uznając granic. Poszczególnym państwom coraz trudniej kontrolować, bądź nawet regulować te procesy.

Jestem jednak zdania, że globalizacja stwarza przed nami więcej szans niż zagrożeń. Jasne jest natomiast, że proces ten postawił przed nami ogrom wyzwań, którym w większości nie zdołaliśmy sprostać.

Uważam, że mamy do wyboru dwie możliwości – albo razem stawić czoło owym wyzwaniom i jako światowa społeczność, wspólnie podejmować decyzje poprzez ponadnarodowe instytucje, albo starać się im sprostać na poziomie poszczególnych krajów (w niektórych przypadkach na poziomie grup regionalnych, takich jak Unia Europejska).

Chyba nikogo nie zdziwię mówiąc, że optuję za pierwszym rozwiązaniem. Kieruje mną przede wszystkim poczuciem sprawiedliwości – widać przecież gołym okiem, że niektóre kraje bądź regiony są o wiele gorzej przygotowane do sprostania tym wyzwaniom, niż pozostałe.

Istnieje jeszcze czysto pragmatyczny powód – mianowicie taki, że w ciągu ostatniego półwiecza system multilateralny dowiódł swojej wartości. Półwiecze to dalekie było od doskonałości, jednak w porównaniu z poprzedzającym je okresem widać olbrzymi postęp. Został on osiągnięty, przynajmniej częściowo, dzięki powstałemu w połowie ubiegłego wieku systemowi praw i instytucji, powołanych do życia przez mężów stanu, którym zależało, aby koszmar dwóch wojen światowych już nigdy się nie powtórzył. System ten nie rozwiązał wszystkich problemów, ani nie zapobiegł wszystkim konfliktom. Jednak to dzięki niemu udało się ograniczyć liczbę konfliktów i doprowadzić do spektakularnego rozwoju techniki i gospodarki, czemu zwykle towarzyszył rozkwit wolności politycznej.

Aby jednak zachować to dziedzictwo, powinniśmy zrobić wszystko, by system multilateralny działał sprawnie. Należy przyjąć, że jeśli niektóre państwa go nie uznają, bądź wybierają własną drogę, to dlatego, że system multilateralny nie dość efektywnie radzi sobie z wyzwaniami, jakie dziś przed państwem nakreśliłam.

Powinniśmy zatem nie tylko odważnie stawić czoło wyzwaniom, jakie pojawiają się przed multilateralizmem. Ważne jest byśmy także zauważyli dziedziny, w których multilateralizm sprawił, że świat stał się bezpieczniejszym i lepszym zarówno dla państw, jak i dla ludzi. Naszym zadaniem jest uświadamiać społeczeństwom, że w wielu przypadkach interesy globalne pokrywają się z interesami narodowymi; że interesy poszczególnych państw mogą być realizowane znacznie efektywniej poprzez współpracę międzynarodową; że ogólnoświatowy porządek oparty na prawie zapewni każdemu większe bezpieczeństwo i dostatek.

Panie i panowie,

Zdaję sobie sprawę, że usłyszeliście ode mnie o wiele więcej pytań niż odpowiedzi. Jednak w czasach bezustannych zmian, jakie obecnie zachodzą, nie da się znaleźć łatwych odpowiedzi, dopóki nie postawi się najpierw trudnych pytań. Jestem przekonana, że właśnie państwo, obywatele tego kraju, mogą objąć intelektualne i moralne przywództwo, jakże potrzebne w naszym poszukiwaniu właściwych rozwiązań.

Dziękuję za uwagę.

Warszawa, 12 maja 2003 roku

2003-05-15

W serwisie stosujemy pliki cookies. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies.

×